Biogra­ficzny galimatias, czyli jak skrzywdzić Mariana Rejewskiego

Sześć egzemplarzy tej samej książki o Marianie Rejewskim.
Hanka Sowińska
 
Pogromca Enigmy „brał ślub w protestanckiej parafii na pl. Wolności"! Kościół św. Trójcy „zaprojektował Józef Święcicki"! Czołowy brytyjski kryptolog-lingwista Dillwyn Knox „był komandorem"! Marszałek Ferdynand Foch „przyjechał do Bydgoszczy w maju 1923 r.”. Gen. Józef Dowbor-Muśnicki „wyzwalał" Bydgoszcz w styczniu 1920 r. Bzdury!
 

Między innymi takie i wiele innych bzdur znajdziemy w książce Roberta Gawłowskiego pt. "Jestem tym, który rozszyfrował Enigmę. Nieznana historia Mariana Rejewskiego". Naprawdę, nieznana? Promowana od kilku miesięcy, także przez bydgoski ratusz, biografia genialnego kryptologa przynosi nie tylko „nieznane historie" (czytaj: nieprawdziwe) z jego życia, ale również pisaną na nowo historię Bydgoszczy.

Błędy i zmyślone informacje, genealogiczny chaos, nonszalancja w posługiwaniu się faktami (próbka na wstępie, więcej w dalszej części), rozbudowane - niepotrzebnie - tło historyczne, które „przykrywa" życiorys Rejewskiego. To wszystko sprawia, że książka Gawłowskiego BARDZO ROZCZAROWUJE!

Czytelnik dostaje do ręki rzecz bałamutną i szkodliwą. Ci, którzy choć trochę interesują się historią Rejewskiego, Enigmy, a także dziejami Bydgoszczy, i są już po lekturze tzw. „reportażu historycznego" (tak Gawłowski nazywa swoją publikację) - mają prawo czuć się oszukani. To, że książka „nie ma charakteru naukowego" nie zwalnia autora z dochowania należytej staranności w dążeniu do prawdy. Ten kardynalny obowiązek - niestety - nie został spełniony!

Zważywszy na liczbę błędów, przeinaczeń, nieścisłości, i tego, co Melchior Wańkowicz nazwał chciejstwem, stwierdzić trzeba, że do księgarń trafiła historia, której genialny matematyk i kryptolog ani nie przeżył, ani nie był świadkiem.

Źle się stało, że szczupły materiał faktograficzny „opakował" Gawłowski w coś, co jest bardzo kiepską historyczną publicystyką, naszpikowaną błędami i kreślonymi scenariuszami zdarzeń, które w rzeczywistości nie miały miejsca. Wyrazy współczucia należą się cudzoziemcom, którzy chcieliby poznać „nieznane” fakty z życia Rejewskiego, czytając angielski przekład tej książki.

Życiorys Rejewskiego, czyli "ciekawy temat"

Prawdą jest, że najwybitniejszy bydgoszczanin nie doczekał się rzetelnej, naukowej biografii. W ostatnich dwóch dekadach ukazało się kilka publikacji, zawierających rozszerzony życiorys Rejewskiego, m.in. autorstwa Zdzisława Kapery, Jerzego Lelwica (J. Lelwic jest także autorem obszernego „Kalendarium") i Krzysztofa Osińskiego. Można, a nawet trzeba zadać pytanie: dlaczego polscy historycy dotąd nie podjęli trudu opisania tak niezwykłej postaci, której dokonania przyczyniły się do skrócenia II wojny światowej? Czy chodzi tylko o niedostatek źródeł?

 
 

Lukę w biografistyce pogromcy Enigmy odważnie postanowił wypełnić Robert Gawłowski. - Gdy się zorientowałem, że nie ma książki poświęconej Rejewskiemu - o Enigmie publikacji jest bardzo dużo - to uznałem, że to ciekawy temat - mówił na spotkaniu z czytelnikami w bydgoskich Młynach Rothera, w marcu tego roku.

Autor zebrał znane (!) od kilku dekad informacje z życia Rejewskiego, zawarte w obszernej literaturze poświęconej Enigmie, kryptologii, działalności wywiadu z okresu międzywojennego i z lat 1939-1945, a także dotyczące inwigilacji pogromcy Enigmy, prowadzonej od końca lat 40. XX w. przez tajną policję polityczną PRL (zawartość teczki „Kryptologa", znajdującej się w archiwum bydgoskiej Delegatury IPN, znana jest od prawie dwóch dekad). Tak więc nadużyciem jest pisanie i mówienie o „nieznanej historii" Rejewskiego!

Nowych informacji, stricte biograficznych, jest w książce niewiele. Wartościowe są m.in. te, które dotyczą rodowodu rodziny Rejewskich i Thomsów (pozytywny przekaz rujnują błędy m.in. w drzewie genealogicznym i w podpisach pod zdjęciami reklam składów J. Rejewskiego, nieprawdziwe informacje dotyczące historii Bydgoszczy), a także końcowe rozdziały opowiadające o ostatnich latach życia bohatera książki. Można ubolewać, że autor, mając dostęp do korespondencji Rejewskiego, powstałej po ujawnieniu tajemnicy Enigmy (stanowi część prywatnego archiwum kryptologa, depozytariuszką całości jest córka, Janina Sylwestrzak), ograniczył się do pobieżnego omówienia tego cennego źródła i przytoczenia niewielu cytatów. Niezrozumiałym jest śladowe wykorzystanie dokumentacji wojskowej Rejewskiego, której „duża część", jak sam przyznaje, znajduje się w archiwum brytyjskiego Ministry of Defence.

Tajemnicą autora pozostaje pominięcie unikatowych dokumentów dotyczących lipcowego (1939 r.) spotkania w Warszawie przedstawicieli służb kryptologicznych Francji, Wielkiej Brytanii i Polski, które znane są od 2005 r. (pierwszy raz zostały opublikowane w książce pt. „Marian Rejewski 1905-1980. Życie Enigmą pisane", Bydgoszcz 2005). Gdyby nie decyzja o podzieleniu się z sojusznikami informacjami o złamaniu Enigmy i czytaniu niemieckich depesz, dokonania Rejewskiego i jego kolegów - Jerzego Różyckiego i Henryka Zygalskiego - pozostałyby bez wpływu na losy wojny!

"Szerszy kontekst", czyli niestrawna massa tabulettae

Decydując się na napisanie „reportażu historycznego" autor „przykrył" biografię genialnego matematyka „szerszym kontekstem" - stąd w poszczególnych rozdziałach informacje o tym, co działo się w czasie i miejscach, w których Rejewski i jego bliscy przebywali. Tak zwane tło historyczne, bardzo nierówne, bywa swoistą massa tabulettae; książka obfituje w poboczne, zbędne wątki, które wcale nie czynią historii Mariana Rejewskiego lepiej znaną. Przeciwnie - stały się pułapkami, w które autor wpadał raz za razem.

Ów „szerszy kontekst" to skompilowana historia prawie 100 lat - od przybycia Matyldy i Józefa Rejewskich do Bydgoszczy (połowa lat 90. XIX w.) do śmierci pogromcy Enigmy, dawkowana w kolejnych rozdziałach. Mamy więc - wybrane według klucza znanego tylko Gawłowskiemu - fakty i anty fakty m.in. z historii Bydgoszczy, Poznania, niemieckiej agresji na Polskę w 1939 r. i sytuacji w rodzinnym mieście kryptologa, powstania warszawskiego, zakończenia niemieckiej okupacji w Bydgoszczy, powojennych losów rządu emigracyjnego i żołnierzy przebywających w Wielkiej Brytanii.

Zapytać trzeba: co ma wspólnego z życiorysem kryptologicznego geniusza np. obszernie cytowany w rozdziale „Narodziny" wstępniak z sygnalnego wydania „Dziennika Bydgoskiego" z 2 grudnia 1907 r.? (str.19).
 

W rozdziale „Rodzina i dorastanie" mamy np. naszpikowany bzdurami wykład o Józefie Święcickim, największym budowniczym Bydgoszczy końca XIX w., wraz z nieprawdziwą informacją, jakoby twórca m.in. Hotelu Pod Orłem „zaprojektował kościół pw. Św. Trójcy" (autorem projektu był Roger Stawski). Nadużyciem jest to, że Gawłowski powołuje się na publikację Bogny Derkowskiej-Kostkowskiej o J. Święcickim. Ponadto nazwisko autorki, dwukrotnie, podane jest z błędem, w zapisie bibliograficznym nieprawdziwy jest wydawca książki.

W tym samym rozdziale znajdziemy również obszerny opis tego, co działo się w mieście po wybuchu I wojny światowej i „fałszywkę" mówiącą, że „Bydgoszcz była oblężona przez wojska pruskie". Jest też rozbudowany opis przekazania Bydgoszczy w ręce polskich władz (styczeń 1920 r.), wiadomość o śmierci Henryka Sienkiewicza (?), sprowadzeniu jego zwłok do Polski i pomniku, który stanął w Bydgoszczy (informacja podana jest dwukrotnie, w różnych miejscach). Są także cytaty z twórczości Jerzego Sulimy-Kamińskiego. Po co? Rozdział kończy się informacją (nieprawdziwa data wydania „Dziennika Bydgoskiego" - nie 12 czerwca, lecz 13 czerwca 1923 r.) o nadaniu Romanowi Dmowskiemu doktoratu honoris causa (gdzie to się stało - czytelnik się nie dowie!). I znowu trzeba zapytać: po co?

W rozdziale „Studia w Poznaniu", w „bogatej" części poświęconej genezie Uniwersytetu Poznańskiego Gawłowski „awansował” prof. Michała Sobeskiego na pierwszego rektora Wszechnicy Piastowskiej. Tymczasem pierwszeństwo należy do prof. Heliodora Święcickiego (str. 60-61). Omawiając przemówienie rektora uczelni prof. Zygmunta Lisowskiego, inaugurujące rok akademicki w1923/1924, wśród dokonań uniwersytetu Gawłowski wymienia m.in. „nadanie tytułu doctora honoris causa marszałkowi Ferdynandowi Fochowi w maju poprzedniego roku, podczas jego wizyty w Polsce”. Poprzedni rok tzn. 1922? Tymczasem marszałek Foch był w Polsce w 1923 r.!

W tym samym rozdziale autor pisze o „ulicy Świętego Marcina w Poznaniu" - nie ma takiej, jest ul. Święty Marcin! Z gen. Józefa Dowbor-Muśnickiego, dowódcy wielkopolskich wojsk powstańczych, uczynił „wyzwoliciela Bydgoszczy", który „defilował na płycie starego miasta" (w innym miejscu podaje, że generał przybył 20 stycznia, co jest nieprawdą, przyjechał dwa dni później).

Trzeba też zapytać, co ma wspólnego z życiorysem Rejewskiego opowieść o książkach z biblioteki Lenina (trafiły do Biblioteki Miejskiej w okresie międzywojennym jako dar Adama Grzymały-Siedleckiego), czy listopadowej (1956 r.) irredenty zakończonej spaleniem masztu zagłuszającego zachodnie stacje radiowe?

Najwyższe zdumienie budzi tło rozdziału pt. „Wybuch drugiej wojny światowej", a przede wszystkim te fragmenty, które dotyczą tragicznych wydarzeń w Bydgoszczy w 1939 r. Czytamy m.in., że „pierwsze strzały padły prawdopodobnie z kościoła na pl. Wolności, w którym Irena i Marian Rejewscy wzięli ślub (więcej o tej kuriozalnej informacji w dalszej części). Jest też „o publicznych egzekucjach na głównym rynku i postrzelonym zakładniku, który postanowił schować się w kościele, przed wejściem do budynku, opierając się skrwawioną ręką o fasadę, pozostawił ślad" (sic!).

Nawet tragedia, która spotkała Rejewskich latem 1947 r. - w wyniku zarażenia się wirusem polio zmarł 11-letni syn Andrzej - nie usprawiedliwia obszernego opisu choroby Heinego-Medina. Akurat w pierwszej biografii kryptologa!?

Rażą - i to bardzo - sformułowania dotyczące tego, co stało się w Polsce w grudniu 1970 r. Masakrę robotników na Wybrzeżu nazywa Gawłowski „kolejnym kryzysem politycznym", po którym „sytuacja w kraju była już całkowicie spokojna". Dziesiątki zabitych, tragedie setek rodzin - o tym nawet się nie zająknął.

Reklamy składów tytoniowych, czyli czytanie ze zrozumieniem

To, co według Gawłowskiego jest „silną stroną publikacji" - m.in. "materiały prasowe pokazujące kontekst rodzinny" - jawi się jako chaos i niefrasobliwość. Przykładem mogą być błędne podpisy pod zdjęciami reklam składów tytoniowych J. Rejewskiego. Pod anonsem zamieszczonym na str. 20 przeczytamy, że pochodzi z nr 175 „Dziennika Bydgoskiego", z 1910 r. Nieprawda! Takiego anonsu w 4-stronicowym wydaniu gazety nie znajdziemy. Korzystając z zasobów Kujawsko-Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej dociekliwy czytelnik bez trudu zweryfikuje tę nieprawdziwą informację (ta reklama jest w sygnalnym wydaniu "DB" z 2 grudnia 1907 r.).

Podając adresy, pod którymi Józef Rejewski prowadził działalność handlową wymienia Gawłowski m.in. Zbożowy Rynek 1 (Kornmarkt strasse 1). Pisze: „Trudno dzisiaj ustalić, jak brzmiałby polski odpowiednik tej ulicy" - zdradza czytelnikom swoją rozterkę. Gdyby dobrze przyjrzał się reklamie zamieszczonej na 20. stronie swojej książki, znalazłby odpowiedź: ulica Zbożowa!
Nie jest prawdą, że "DB" był gazetą „kilkunastostronicową", w której „zawsze znajdowały się obszerne informacje ze świata, fragmenty polskiej literatury, dział rozrywkowy i kulturalny". Przez kilkanaście lat gazeta ukazywała się w objętości 4 stron!; wydania obszerniejsze były sporadyczne.

Żarty z Czytelnika, czyli "katolik bierze ślub w protestanckiej parafii"

Gdy brakuje faktów, Gawłowski je tworzy. Pisząc o pierwszym poważnym egzaminie 18-letniego Mariana żałuje, że nie dowiemy się, jak spędził dzień, w którym zdał maturę w Gimnazjum Klasycznym (12 czerwca 1923 r.). Na podstawie tego, o czym informowała prasa wnosi, że w tygodniach poprzedzających ten dzień Polacy żyli powstaniem rządu Wincentego Witosa i wizytą francuskiego gościa !

„Do miasta przybył marszałek Ferdynand Foch. „Dziennik Bydgoski" zachęcał, aby na tę okoliczność udekorować okna od ulicy..."

Takiego wydarzenia w historii międzywojennej Bydgoszczy nie było! Owszem, w maju 1923 r. marszałek Foch gościł w Polsce, ale do miasta nad Brdą nie zawitał. Był m.in. w Poznaniu (wtedy otrzymał tytuł doktora honoris causa) i w Toruniu. Kto nie zna historii Bydgoszczy, przyjmie ten fałsz za prawdę!

Podczas premiery książki w Młynach Rothera można było usłyszeć, że autor jest bydgoszczaninem (tak jak Rejewski), żywo interesującym się historią miasta. Chyba jednak bardzo wybiórczo i naskórkowo, czego dowodem nie tylko wpadka z wizytą F. Focha, ale również przyjazdem gen. Dowbor-Muśnickiego i historią bydgoskich parafii.

Zagadka, z którą Gawłowski sobie nie poradził, wręcz się ośmieszył, brzmi: w którym kościele Rejewski poprowadził do ołtarza ukochaną Irenę Lewandowską?

„Prawdopodobnie ceremonia ślubna odbyła się w kościele pod wezwaniem św. św. Apostołów Piotra i Pawła na placu Wolności. Możemy tak przypuszczać, gdyż był to kościół znajdujący się najbliżej domu rodzinnego Ireny, mieszkającej wówczas przy ul. Dworcowej 10. Do tej samej parafii należał także przez pewien czas Marian, kiedy wspólnie z rodziną mieszkał przy ul. Zduny." (str. 116). Od kiedy to kryterium przynależności do parafii stanowi odległość od miejsca zamieszkania do kościoła???

Szok! Trudno uwierzyć, że ktoś, kto "porwał się" na pisanie biografii Rejewskiego nie wie, że w międzywojennej Bydgoszczy - spadek po latach zaborów - było osiem kościołów ewangelicko-unijnych. W tej liczbie jest świątynia na pl. Wolności; w latach 1920-1939 miała niewielu parafian, były plany oddania jej wiernym Kościoła Rzymsko-Katolickiego, ale tak się nie stało! Wystarczyło „wygooglować” tę informację, a jeszcze lepiej zajrzeć do "Historii Bydgoszczy, t. II, cz. 1.
Irena i Marian nie wzięli tam ślubu, wszak byli katolikami (na str. 16. Gawłowski pisze: „Thomsowie wyróżniali się tym, że nie byli protestantami". Zatem syn Matyldy też nim nie był!)! W innym miejscu książki (str. 146) autor już nie ma wątpliwości i pisze - w trybie oznajmującym - że ceremonia odbyła się właśnie w tym kościele!!!

Otóż NIE! Irena Lewandowska i Marian Rejewski sakramentalne „Tak" powiedzieli sobie w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa na pl. Piastowskim (za pomoc w ustaleniu tego istotnego faktu dziękuję ks. prałatowi Stanisławowi Kotowskiemu, proboszczowi Parafii Katedralnej pw. św. Marcina i Mikołaja).
 

Uzupełniając biografię M. Rejewskiego dodajmy (za prałatem Kotowskim), że urodzony 16 sierpnia 1905 r. w domu przy ul. Boiestrasse 3 (Wileńska 6), został ochrzczony przez ks. Jagielskiego niespełna trzy tygodnie później - 5 września w Farze (wówczas był to jedyny kościół dla Polaków-katolików). Akt chrztu nosi numer 878, rodzicami chrzestnymi byli: Jadwiga Szafarkiewicz i Józef Pawłowski.

Drzewo genealogiczne, czyli błąd na błędzie

Genealogia, nauka pomocnicza historii, jest bardzo słabą stroną Gawłowskiego. Czytelnika do rozpaczy może doprowadzić rozdział „Rodzina i dorastanie", w którym przedstawione zostało drzewo genealogiczne Rejewskich i Thomsów. Podane daty sprawiają, że de facto nie dowiemy się, kiedy rodziły się dzieci Matyldy i Józefa, rodziców Mariana.

Jeśli wierzyć autorowi Matylda Thoms wychodziła za mąż mając... lat 5. Matylda i Józef pobrali się w październiku 1891 r. Datę tę autor powtarza w drzewie genealogicznym, podając, że Matylda urodziła się w... 1886 r. (innej daty w książce nie znajdziemy). Dwie daty narodzin - 1884 i 1894 - ma także Łucja - najstarsza z trzech córek Matyldy i Józefa. Różne daty dotyczą narodzin Tadeusza, Jana i Zofii, a także Andrzeja, syna Ireny i Mariana Rejewskich (na str. 28 mamy 1935 r., rok 1936 na str. 119, tu także jest błędna data dzienna, nie 26, lecz 22 czerwca!). Nonszalancja niebywała! Pozostaje również zapytać o kompetencje redaktora i korekty wydawnictwa Episteme...

Pytanie do autora: skąd wzięła się w tym rozdziale „ulica Olszewskiego", przy której mieli mieszkać Rejewscy, gdy na świat przyszła Łucja? Taki patron był, ale w PRL-u, zastępując międzywojenną ulicę Augustyna Kordeckiego (przywrócona po 1989 r.). Gdy Rejewscy sprowadzili się do Bydgoszczy - po raz pierwszy występują w „Adressbuch nebst allgemeinem Geschäfts-Anzeiger von Bromberg und dessen Vororten auf das Jahr 1895" - była to Cichorienstrasse 8. Tego od Gawłowskiego się nie dowiemy!
 

Z Knoxem wyszło qui pro quo

Trudno wytłumaczyć błędy autora tam, gdzie życiorysy osób wpisanych w historię Enigmy znane są od kilku dekad. Dlaczego Alfreda Dillwyna Knoxa, czołowego brytyjskiego kryptologa uczynił komandorem (str. 133)? "Dilly" był cywilnym pracownikiem Rządowej Szkoły Kodów i Szyfrów (GC&CS) w Bletchley Park pod Londynem, z wykształcenia lingwistą. W stopniu komandora był natomiast Alexander „Alastair” Denniston, szef GC&CS. Obaj uczestniczyli w lipcu 1939 r. w spotkaniu w Pyrach, w ośrodku "Wicher", gdy Polacy ujawnili, że czytają niemieckie depesze szyfrowane Enigmą.

Podczas pobytu w Warszawie delegacja brytyjska zatrzymała się w hotelu „Bristol", jednak Gawłowski - nie wiadomo dlaczego - wprowadza czytelnika w błąd podając, że Knox, Denniston i Sandwich (trzeci członek brytyjskiej delegacji, nazwisko z „literówką”) zamieszkali w "Hotelu Europejskim". Powołuje się przy tym na Dermota Turinga i jego książkę „XYZ. Prawdziwa historia złamania szyfru Enigmy", co jest nadużyciem, bo Turing pisze o „Bristolu".

Bratanek słynnego kryptologa Alana Turinga cytuje fragment wspomnień Dennistona i list, który Knox napisał do niego, na firmowym papierze Hotelu „Bristol". Tymczasem w rozdziale „Przekazanie pałeczki w sztafecie" (str. 133-134) Gawłowski tak „zachachmęcił", że nie wiadomo, kto pisał list („wojskowy"), kto wrócił do hotelu wściekły... Na pewno nie był to komandor Denniston!

We wspomnianej już publikacji „Marian Rejewski 1905-1980. Życie Enigmą pisane" opublikowano kopie dokumentów z warszawskiego spotkania, w tym raport Dennistona z 1948 r. (pisze o „Bristolu”) i notatkę autorstwa Knoxa, sporządzoną na firmowym papierze... Hotelu „Bristol". Trudno o lepsze źródła! Niby drobiazg, a smuci. Nonszalancja to czy brak warsztatu, nakazującego weryfikowanie dat, nazwisk czy nazw instytucji? (wiem, i… dlatego sprawdzam). Pewnie jedno i drugie.
 

Umyślił sobie Gawłowski, że Karol Rożankowski, przed wojną naczelnik Urzędu Skarbowego w Bydgoszczy, znajomy Mariana Rejewskiego z „Kabla" (pracował tam w latach 1947-1950) musiał znać mjr. Jana Henryka Żychonia, szefa bydgoskiej Ekspozytury nr 3 Oddziału II z „racji wykonywanej przed wojną pracy". Po co było pisać takie głupstwa? Rożankowski, podporucznik kawalerii, był pracownikiem Oddziału II Sztabu Głównego, absolwentem 4. kursu oficerów rezerwy 1937 r. (zachęcam autora do zerknięcia do "Fototeki Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego", Wydawnictwo TEST, 2013).

Jeden fakt, dwie wersje

Trudno pojąć, dlaczego autor, będący samodzielnym pracownikiem naukowym („Warsztat naukowy z pewnością był przydatny..." - te słowa Gawłowskiego przeczytamy na skrzydełku książki) z ogromną dezynwolturą traktuje fakty i nazwy instytucji. Dlaczego o tych samych sprawach, tyle że na różnych stronach swojej pracy, pisze zupełnie coś innego - przykładowo, na str. 157 przeczytamy, że „do spotkania Alana Turinga z polskimi kryptologami doszło we Francji 17 stycznia 1940 r."; zaś na str. 285 podaje, że stało się to... "w marcu 1940 r. "

Ma też problem Gawłowski z ustaleniem dat przeprowadzek rodziny Rejewskich.
„Mieszkała przy ul. Wileńskiej 6 do roku 1915 r." - pisze na str. 31 (to ciągle była Boiestrasse 3!). Najwyraźniej zmienił zdanie, bo na str. 36 czytamy: „W 1917 r. Rejewscy przenieśli się do ścisłego śródmieścia na ulicę Topferstrasse 6a (ul. Zduny 6a)". Zatem która data jest prawdziwa?
Kolejny problem z datą. Ze str. 31 dowiadujemy się, że „do szkoły podstawowej z nauczaniem początkowym Marian chodził w latach 1912-1914" (niemiecka nazwa szkoły jest błędnie podana). Tymczasem na str. 36 jest napisane, że do Królewskiego Gimnazjum im. Fryderyka Wilhelma uczęszczał od 1915 r. Gdzie pobierał nauki między 1914 a 1915?

Przeoczenie czy niechlujstwo ?

Dwukrotnie: we „Wstępie" oraz w „Materiałach i źródłach" Gawłowski podaje, że korzystał z zasobów Biblioteki Miejskiej w Bydgoszczy - nie ma w mieście nad Brdą takiej instytucji, jest Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna. Pisze, że korzystał z dokumentów „bydgoskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej" - od 2001 r. do dziś działa Delegatura IPN. Nie ma w Bydgoszczy Muzeum Pomorskiego Okręgu Wojskowego (sic!) - jest Muzeum Wojsk Lądowych.
Kolejny dowód na to, że Gawłowski napisał historię Bydgoszczy „po swojemu" - nie jest prawdą, że kanał bydgoski był budowany za kontrybucję, którą Pruskom po przegranej wojnie (1870 -1871) zapłacić musiała Francja (str. 14). Stary Kanał Bydgoski został otwarty w 1774 r., z późniejszą rozbudową i modernizacją w XIX w.

Trudno połapać się w opisywanym przez Gawłowskiego finiszu studiów Rejewskiego - na str. 69 czytamy: „Przedmioty zaliczał poza dwoma wyjątkami na ocenę bardzo dobrą..." Ten zapis odpowiada temu, co jest na dyplomie - na 9 egzaminów 7 zdał na ocenę bardzo dobrą.

Tymczasem na str. 73-74 pisze: „W ramach zaliczeń podchodził do egzaminów z teorii grup, teorii funkcji eliptycznych i ostatecznie matematyki". Które zdanie jest prawdziwe?

Niefrasobliwość (?), niekompetencja warsztatowa autora widoczna jest także w opisach zdjęć. Niezwykłej wartości dokument - pismo Rejewskiego z 23 września 1973 r. do redakcji „Expressu Wieczornego" (ta warszawska gazeta, jako pierwsza, rozpoczęła w 1973 r. poszukiwania ludzi związanych z Enigmą), w którym ujawnia, że „jest tym, który rozszyfrował Enigmę", nie jest adresowane do „Życia Warszawy” (str. 271)!!! Gawłowski za nic ma fakty i dowody na skanach utrwalone - z uporem pisze o „Życiu Warszawy"!
„Sztab Główny” Wojska Polskiego czy może jednak „Sztab Generalny” (str.100) - autor nie może się zdecydować. Dwie różne nazwy tej samej instytucji podaje zamiennie w kilku miejscach książki, nie wiedząc, że od grudnia 1928 r. działał - aż do wybuchu wojny - Sztab Główny!
O „Dolinie Śmierci" pisze, że „w tamtejszych lasach mordowano urzędników i nauczycieli" - w Fordonie ginęli nie tylko przedstawiciele tych dwóch zawodów, i nie w lasach, co widać na archiwalnych zdjęciach (str. 147).

Pisząc o usuwanych w Bydgoszczy przez Niemców (po zajęciu miasta we wrześniu 1939 r.) symbolach narodowych, takich jak np. Grób Nieznanego Powstańca Wielkopolskiego używa liczby mnogiej („szczątki powstańców"). Wcześniej podaje (str. 42), że w 1919 r. zorganizowano manifestacyjny pogrzeb powstańca wielkopolskiego. Więc był jeden czy więcej???
W osłupienie wprawia fragment rozdziału pt. „Mała stabilizacja" (druga poł. lat 50.), w którym znajdujemy następujący passus:„Ciekawe, co mógł myśleć, czytając gazety, oglądając telewizję, słuchając radia lub przemówień polityków podczas uroczystości państwowych. Mała stabilizacja w życiu Rejewskiego oznaczała (...) pracę księgowego w baraku na bydgoskim Szwederowie". I znowu fałszywka, tym bardziej niezrozumiała, że autor miał dostęp (dzięki pomocy Jerzego Lelwica) do akt pracowniczych Rejewskiego. Wojewódzki Związek Spółdzielczości Pracy, czyli ostatnie miejsce zatrudnienia pogromcy Enigmy, i baraki, o których pisze Gawłowski, znajdowały się przy ul. Chodkiewicza.

Komentarz do „oglądania telewizji" w latach 50. w Bydgoszczy jest zbędny...

Na tle „grubych błędów" literówki to drobiazgi: np. "Eisenverg" (powinno być Eisenberg); bydgoski historyk nazywa się Marek Chamot (w książce jest "Chamont"), a zmarły w 2005 r. w Wielkiej Brytanii polski historyk, publicysta i działacz emigracyjny nie nazywał się „Graliński", lecz Józef Garliński (w książce znajdziemy obie wersje).

Literówki znajdziemy też w niemieckojęzycznych nazwach takich jak np. Elizabethmark (powinno być: Elisabethmarkt), Wermacht (musi być: Wehrmacht).

Co budziło paraliż u Rejewskiego, czyli niedopuszczalne podejrzenia

Dużo u Gawłowskiego jest tego, co nazywamy licentia poetica, np. rozważania o tym, jak mogła przebiegać droga z dworca PKP do mieszkania teściów, gdy Rejewski powrócił do Bydgoszczy w 1946 r. (też błędna data - nie 26 listopada, lecz 21) czy absurdalne dociekania dotyczące decyzji Ireny Rejewskiej o pozostaniu z dziećmi w okupowanej Warszawie (str. 146-148).

Wprost manierycznie autor stawia pytania, na które nigdy nie znajdzie odpowiedzi - chodzi o wykorzystanie przez odpowiednie służby treści rozszyfrowanych niemieckich depesz. Nazbyt często - nawet jak na „reportaż historyczny” przystało - posługuje się podejrzeniami i przypuszczeniami.

„Analizując działalność polskich kupców w Bydgoszczy można podejrzewać, że Józef Rejewski zaangażowany był także w utworzenie Księgarni Bydgoskiej..." (str. 23). Albo: „Obserwowanie propagandowych procesów (...) z pewnością budziło lęk, a może nawet paraliż u Rejewskiego (...)". Któż może to wiedzieć ?

Domysłom czytelnika pozostawione są pytania: „Czy Rejewskiemu towarzyszyła wielka radość ze złamania Enigmy ? Czy miał świadomość znaczenia swojego odkrycia ? A może pojawiła się ona z biegiem czasu (…) ?" (str.100). Odpowiedzi nie ma i nie będzie!

Nieaktualne adresy, zmyślona topografia

O zmianie numeracji nieruchomości (rok 1931) autor nie ma pojęcia, eksploatując np. adres Dworcowa 17. Tam J. Rejewski miał Skład Cygar, Papierosów, Tytoniu, w tym samym miejscu, po śmierci męża w 1921 r., Matylda prowadziła również punkt Kolektury Loterii Państwowej. Tymczasem od 1931 r. to była Dworcowa 39 (kamienica na rogu Dworcowej i Marcinkowskiego, wcześniej Rybackiej, ta nazwa widoczna jest w reklamach). Stamtąd do dworca PKP jest spory kawałek, ale Gawłowski z uporem powtarza, że „sklep ojca znajdował się w bezpośrednim pobliżu dworca" (sic!).

Zmienił się także numer posesji na Zdunach 6a (obecnie 13). Gdzie, jeśli nie w „pierwszej biografii" M. Rejewskiego ta informacja powinna się znaleźć?

Jeszcze jeden dowód na wątpliwą znajomość miasta przez Gawłowskiego - Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego na Gdańskiej 66 nie „znajdował się tuż za rogiem domu Rejewskiego" (wystarczy udać się na przechadzkę z ul. Dworcowej 10 na ul. Gdańską 66!).
 

"Enigma" nie do opanowania!

W opisie zmian wprowadzanych przez Niemców w Enigmie (od września 1938 r.) też mamy chaos. Gawłowski podaje różne daty pojawienia się dwóch dodatkowych wirników w Enigmach - na str. 124 pisze, że stało się to w „styczniu 1939 r.", dwie strony dalej pojawia się wrzesień 1938 r. („We wrześniu 1938 r. Niemcy dodali do Enigmy dwa dodatkowe wirniki szyfrujące..."). W rzeczywistości zmiana nastąpiła 15 grudnia 1938 r.

W połowie września 1938 r. Niemcy zaczęli zmieniać ustawienia maszyn przed zakodowaniem każdej depeszy. W styczniu 1939 r. zwiększyli liczbę połączeń w tzw. łącznicy.

Czytelnik pogubi się, gdy będzie chciał zrozumieć, jakie urządzenia i w jakim celu zbudowali Rejewski i jego koledzy, by uprościć odnajdywanie kluczy depesz, a tym samym przyspieszyć deszyfrację treści, po tym, jak Niemcy zmienili sposób szyfrowania depesz, zwiększyli liczbę wirników z 3 do 5 oraz połączeń w łącznicy...
W publikacji, choć nienaukowej, przydałby się indeks osób, a także plan miasta z zaznaczonymi miejscami obecności Rejewskiego.

Uwaga techniczna - autor ma wielkie problemy z zapisywaniem nowych wątków w akapitach. I bardzo lubi powtarzać to, co wcześniej napisał. Razi także sposób, w jaki pokazano w książce ważne w biografii Mariana Rejewskiego dokumenty - są zbyt małe, przez to nieczytelne.

***

Konkludując: dawno nie miałam w ręku tak niechlujnie przygotowanej publikacji, promowanej jako pierwsza biografia Mariana Rejewskiego. Z tego powodu pragnienie autora, wyrażone w zakończeniu książki: „Wierzę jednak, że wykonana przeze mnie praca badawcza okaże się przydatna dla profesjonalnych historyków..." nie może być traktowane serio.

Robert Gawłowski, Jestem tym, który rozszyfrował Enigmę. Nieznana historia Mariana Rejewskiego, Lublin 2022, ss. 320